W połowie grudnia spontanicznie „zastąpiłem” kolegę taty, który kilka dni
przed wyjazdem został zmuszony do odstąpienia swojego biletu na Sal - Cabo Verde. Po sprawdzeniu prognozy obiecującej niezły swell niemal przez cały ledwie tygodniowy wyjazd szybko spakowałem swój quiver i kilka koszulek do bagażu podręcznego. Podróż minęła nam szybko i sprawnie, trochę samochodem (do Hannoveru), samolotem przez sąsiednią wyspę Boa Vista, 15 minut taksówką i jesteśmy na miejscu. Ciepełko trochę „lżejsze” niż w Brazylii, nadal pozwalające chodzić „na krótko” przez cały dzień, pływanie bez pianki, słowem idealnie, nie za ciepło, nie za zimno.
Mimo niezłej prognozy pierwsze 3 dni słabe 10-14knts uprawiamy freeride na 9m i surf desce na małych falkach na kite beach. Czwartego dnia jedziemy przez Ponta Prete i już tam zostajemy, yeeeaaahhhhh!!!! To jest to!!!! Ten dzień nie jest może perfekcyjny, bo fale są duże 3-4m ale krótkie. Wiatr? Graniczny na 9m, dzięki czemu tego dnia oprócz mnie w wodzie jest max 6 surferów i żadnego kajciarza. Zaliczam sporo dużych setów na 2-3 skręty bez możliwości wyjechania z fali, tzw. close out.
Kolejny dzień przynosi trochę mocniejszy wiatr i taką falę jaką wspomina się z PP, czyli „to the beach”, co oznacza ok 6 skrętów przed kamieniami i jeszcze ok 4 przed piaskiem z możliwością zjedzenia przez shorebreak, jeśli się człowiek odetnie i zagapi ;) Mój 9m kajt jest tego dnia idealnym rozmiarem, mogę już łatwiej łapać fale. Mimo bardzo dobrych warunków przez cały dzień przez spot przewija się zaledwie 20 surferów, 3 deskarzy i 5 kajciarzy. W zasadzie przez większość dnia „robię co chcę”, czasem specjalnie odpuszczam fale surferom, co by pozostać z nimi w dobrych relacjach. Z jednym z wychowanków Mitu (mega wymiatacz na wave na kajcie) przebijamy się, kto złapie większą fale, przybijając sobie co jakiś czas pione na wodzie.
Przez dwa ostatnie dni wiatr siada do zera ale zostają ok 2m fale, dla mnie idealne na katowanie samej deski. Na PP, który jest dla mnie jednym z lepszych spotów na świecie znowu pojawia się może 15 surferów przez cały dzień, co dodatkowo podnosi atrakcyjność tego miejsca, które bardzo rzadko jest przepełnione. Nawet jeśli raptem przechodzi najazd wielu surferów, to na wyspie zawsze pozostaje kilka miejsc w odwodzie i mamy gwarancję znalezienia break’u na którym cały dzień będziemy katować sami.
Zimowy sezon na Sal udało mi się rozpocząć bardzo ładnie, a co najciekawsze dobry kierunek swell’u na PP utrzymuje się nieprzerwanie już ponad dwa tygodnie. Mam nadzieję, że to wróży bardzo dobrą zimę...zatem jeśli chcielibyście pojeździć „polskim pickupem” po jednych z najlepszych fal na świecie to wpadajcie na Sal od 11.01-22.02.2010
Crazy Horse (Cabrinha, NPX, DiiL, Rusty, Electric)